Laguna 69: dziennik najtrudniejszej jednodniowej wędrówki w moim życiu
Budzik zadzwonił o 4 rano i przez kilka zdezorientowanych sekund nie pamiętałem, dlaczego się na to zgodziłem. Potem przypomniałem sobie: turkusowe jezioro na 4600 metrach, zdjęcia, które widziałem setki razy, i ta lekko rywalizująca część mnie, która chciała wiedzieć, czy naprawdę dam radę. O 4:20 byłem na zewnątrz w chłodzie listopadowego poranka w Huaraz, czekając na busa i kwestionując swoje życiowe wybory.
Trzy dni, które to umożliwiły
Chcę zacząć od nudnej części, bo to ta część ma największe znaczenie. Nie przyjechałem do Huaraz i nie wszedłem na Lagunę 69 następnego dnia. Dałem temu najpierw trzy dni i jestem przekonany, że to jedyny powód, dla którego wędrówka była trudna, a nie koszmarna.
Huaraz leży na około 3050 metrach. Laguna 69 kończy się na mniej więcej 4600. To poważny skok i ludzie, których widziałem najbardziej cierpiących na szlaku, niemal zawsze byli tymi, którzy przyjechali busem z położonej na poziomie morza Limy poprzedniej nocy i ruszyli prosto w górę. Pierwszego dnia w Huaraz nie robiłem prawie nic: przeszedłem się po Plaza de Armas, piłem herbatę z koki, jadłem, źle spałem. Drugiego dnia zrobiłem wędrówkę na Lagunę Wilcacocha, łatwe półdniowe wejście na około 3700 metrów, które istnieje właśnie jako aklimatyzacyjna rozgrzewka. Trzeciego dnia znów odpoczywałem. Przez cały czas piłem więcej wody, niż wydawało się to rozsądne.
Kosztowało mnie to trzy dodatkowe dni i uratowało całą moją wyprawę. Nie potrafię powiedzieć tego dość głośno każdemu, kto czyta to w pośpiechu.
Dojazd, zanim zacznie się chodzenie
Bus z wycieczki odebrał mnie około 5 rano. Zarezerwowałem standardową jednodniową wycieczkę na Lagunę 69 po południu dzień wcześniej w agencji przy Avenida Luzuriaga za S/45 (około 12 USD), co jest standardową stawką i szczerze absurdalną wartością za cały dzień z transportem. Śniadanie i lunch nie są wliczone; dopłaciłem kilka soli na postojach, a do tego potrzebujesz S/30 na wstęp do Parku Narodowego Huascarán, który przewodnicy zbierają po drodze.
Dojazd to mniej więcej trzy godziny w jedną stronę i jest na tyle piękny, że wybaczam mu wczesny start. Zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym nad jeziorami Llanganuco, dwiema niemożliwie niebieskimi wstęgami wody pod ośnieżonymi szczytami, i zrobiłem zdjęcia, które wszyscy robią. Zanim dotarliśmy do początku szlaku w Cebollapampie, na około 3900 metrach, słońce już wstało, a ja przekonałem sam siebie, że to będzie do ogarnięcia.
Pierwsza godzina cię okłamuje
Szlak zaczyna się zwodniczo. Pierwszy odcinek jest niemal płaski, wije się przez zieloną dolinę z potokiem, pasącymi się krowami i ośnieżonymi szczytami dookoła. Ruszyłem żwawo, czując się silny i lekko zadowolony z siebie. Przewodnik, który najwyraźniej widział dokładnie takie zachowanie dziesięć tysięcy razy, tylko się uśmiechnął i kazał nam zwolnić.
Miał rację. Po jakichś czterdziestu pięciu minutach szlak wznosi się w pierwszą serię zakosów, a wysokość przychodzi jak rachunek, o którym zapomniałeś. Z nogami było w porządku. Z płucami nie. Co piętnaście, dwadzieścia kroków musiałem się zatrzymać, ręce na kolanach, łapiąc powietrze, w którym zdawało się nie być dość tego, czego potrzebowałem. Kobieta obok usiadła na kamieniu i cicho płakała, nie z powodu kontuzji, tylko z czystej, wyczerpującej dziwności niemożności normalnego oddychania.
To jest ta część, której zdjęcia nie pokazują. Laguna 69 nie jest długą wędrówką, około 7 kilometrów w jedną stronę, ale jest brutalna w sposób, w jaki duża wysokość sprawia, że zwykły wysiłek przypomina pływanie w mokrym betonie. W domu jestem rozsądnie wysportowany. Nic z tej sprawności się nie przełożyło. Góra nie dba o twój karnet na siłownię.
Ściana i jej pokonanie
Druga seria zakosów, te, które wspinają się po ścianie ku jezioru, niemal złamała moją determinację. Szedłem już ponad dwie i pół godziny. Jezioro było gdzieś wyżej i nie mogłem go zobaczyć. Liczyłem kroki, żeby się ruszać, po dziesięć naraz, potem pauza, potem kolejne dziesięć. Zjadłem batonik czekoladowy, który prawie na pewno uratował moje morale. Piłem wodę, której nie chciałem. Szedłem dalej głównie dlatego, że zawrócenie wydawało się większym wysiłkiem niż skończenie.
A potem szlak wzniósł się na grzbiet i jezioro po prostu tam było.
Nie będę udawał, że miałem głęboką myśl. Usiadłem na najbliższym płaskim kamieniu i przez jakieś pięć minut po prostu oddychałem, zanim w ogóle mogłem wyjąć aparat. Jezioro ma kolor, który obiecują zdjęcia, a jakoś bardziej: lodowcowy turkus, który nie wygląda naturalnie, zasilany wodospadem spływającym prosto z lodowca Chacraraju powyżej. Chłód bijący od lodu jest natychmiastowy. Ludzie jedli kanapki, robili zdjęcia w skoku, siedzieli w oszołomionej ciszy. Zrobiłem po trochu wszystkiego z tego.
Wytrzymałem na górze może czterdzieści minut. Było zimno, wiatr się wzmógł, a jesteś na 4600 metrach, gdzie przebywanie nie jest do końca komfortowe. Przewodnik dał nam twardy limit czasowy, bo popołudniowe chmury nadciągają szybko, a zejście wciąż zajmuje parę godzin.
Schodzenie to osobne wyzwanie
Wszyscy ostrzegają cię przed podejściem. Nikt nie ostrzegł mnie, że zejście zrujnuje mi kolana. Te same zakosy, które głodziły moje płuca w drodze w górę, młotkowały moje stawy w drodze w dół, a na dnie doliny szedłem jak znacznie starszy człowiek. Kijki trekkingowe, które uznałem za zbędne, ogromnie by pomogły. Pożycz albo wynajmij parę. Patrzyłem, jak ci, którzy je mieli, schodzą w komforcie, podczas gdy ja krzywiłem się z bólu.
Wróciliśmy do busa wczesnym popołudniem, do Huaraz wczesnym wieczorem, a ja zasnąłem przed 21:00, zjadłszy samodzielnie całą pizzę bez żadnych wyrzutów.
Czy było warto?
Tak, bez zastrzeżeń, z jednym dużym warunkiem: najpierw się zaaklimatyzuj. Największa różnica między ludźmi, którzy mieli trudny, ale satysfakcjonujący dzień, a tymi, którzy zawrócili, wymiotując, to liczba dni spędzonych wcześniej na wysokości. To nie jest wędrówka, którą da się skrócić siłą woli. Wysokość to fizjologiczna rzeczywistość, a nie nastawienie.
Jeśli oddasz jej należny szacunek, Laguna 69 jest najbardziej spektakularnym pojedynczym dniem wędrówki, jaki przeszedłem w Ameryce Południowej, a za S/45 plus opłata za park jest też jedną z najtańszych. Weź wodę, przekąski, ochronę przeciwsłoneczną, ciepłe warstwy na górę i kijki dla swoich kolan. Uruchom zegar aklimatyzacji w dniu przyjazdu do Huaraz, a nie w dniu przed wędrówką. A gdy wejdziesz na ten ostatni grzbiet i jezioro się pojawi, siedemdziesiąt minut cierpienia na ścianie przeorganizuje się, niemal natychmiast, w coś, z czego będziesz cicho dumny jeszcze długo potem.