Skip to main content
Tydzień w Máncorze: notatki z ciepłowodnego wybrzeża Peru

Tydzień w Máncorze: notatki z ciepłowodnego wybrzeża Peru

Zarezerwowałem Máncorę tak, jak robi to w Peru większość ludzi: na ostatnią chwilę. Spędziłem dwa tygodnie na wysokości, moje płuca były zmęczone pracą na nadgodzinach, a pomysł plaży, gdzie woda jest naprawdę dość ciepła do pływania, brzmiał jak nagroda, na którą zasłużyłem. Nie wziąłem pod uwagę podróży, faktu, że „ciepło” pod koniec września znaczy co innego dla mieszkańca Limy niż dla mnie, oraz tego, że tydzień to jednocześnie za długo i dokładnie tyle, ile trzeba.

Dotarcie tam to cena wstępu

Nie ma romantycznego sposobu, żeby to powiedzieć: autobus z Limy do Máncory to kara. Pojechałem nocnym Oltursą, zapłaciłem S/165 (około 44 USD) za fotel semi-cama i spędziłem jakieś siedemnaście godzin, patrząc, jak pustynia mija w ciemności. Fotele odchylają się bardziej niż w samolocie i mniej niż łóżko, film pokładowy był dubbingowany i głośny, a gdzieś w okolicach Chiclayo przestałem udawać, że zasnę.

Gdybym robił to znowu, poleciałbym z Limy do Piury za jakieś 70–90 USD przy rezerwacji z paru tygodniowym wyprzedzeniem, a potem wziął wspólną taksówkę (colectivo) na ostatnie trzy godziny do Máncory za S/30–40. Tracisz prawo do przechwałek, a zyskujesz cały dzień. Poznałem holenderską parę, która przyleciała i dotarła wypoczęta, podczas gdy ja dotarłem jak wyżęta gąbka. Mieli rację, a ja byłem uparty.

Sama Máncora ogłasza się powoli: niepozorne wybrzeże, potem pas hosteli, tuk-tuków i jedna główna droga z Panamericaną biegnącą prosto przez środek miasta. Ciężarówki nigdy nie przestają. To pierwsza rzecz, której nikt ci nie mówi. Plaża jest urocza, a autostrada jest czterdzieści metrów za nią.

Gdzie się zatrzymałem i gdzie zatrzymałbym się następnym razem

Podzieliłem tydzień. Pierwsze trzy noce byłem w miejscu dla backpackerów przy końcu miasta, za S/45 za noc w łóżku w dormitorium, co było okej za tę cenę i bezużyteczne do spania, bo bary przy głównej ulicy Máncory grają do trzeciej nad ranem, a ściany były najwyraźniej dekoracyjne. Drugą połowę przeniosłem się parę kilometrów na południe, w stronę Las Pocitas, i zapłaciłem S/180 (48 USD) za prosty pokój dwuosobowy z wentylatorem i prawdziwą ciszą, gdzie tylko ocean miał coś do powiedzenia.

Ta przeprowadzka była najlepszą decyzją całej podróży. Las Pocitas ma spokój, głębszą wodę i małe butikowe miejsca; koniec miasta ma tanie jedzenie, energię szkółek surfingowych i hałas. Jeśli przyjechałeś imprezować, zatrzymaj się w mieście. Jeśli przyjechałeś spać i pływać, wynieś się z niego. Chciałem obu rzeczy i nauczyłem się boleśnie, że nie da się ich mieć w tym samym łóżku.

Sprawa jedzenia

Ceviche na północnym wybrzeżu to prawdziwy powód, żeby tu przyjechać, a Máncora dowozi. Moim stałym miejscem stała się mała knajpka przecznicę od plaży, gdzie obfite ceviche mixto kosztowało S/25–30 (7–8 USD) i przychodziło z kukurydzą i batatem, które robią z niego posiłek, a nie przekąskę. Ryba jest łowiona lokalnie; czujesz różnicę względem wersji z Limy, które przejechały swoje.

Restauracje przy turystycznym deptaku nad plażą liczą podwójnie za widok, a widok jest ten sam, który masz za darmo, idąc trzydzieści metrów. Zjadłem jedną przepłaconą kolację z grillowaną rybą za S/55, żeby się tego nauczyć. Śniadanie to zwykle owoce i chleb z targu, obiad to menú del día za S/12–15 gdzieś niepozornie i znakomicie, a kolacja na zmianę: ceviche albo zaskakująco dobra pizza z pieca opalanego drewnem, jakie miasteczka backpackerskie wszędzie zdają się wypuszczać.

Wieloryby, żółwie i jedna wycieczka warta rezerwacji

Jestem sceptyczny wobec jednodniowych wycieczek z plażowych miasteczek. Połowa z nich to ta sama łódka z inną naklejką. Ale późny wrzesień to sezon wielorybów na tym wybrzeżu, humbaki przepływają tędy w drodze na południe i cieszę się, że tego nie odpuściłem.

Rejs łodzią na obserwację wielorybów trwał niecałe trzy godziny. Znaleźliśmy matkę z młodym w czterdzieści minut, wyłączyliśmy silnik i po prostu dryfowaliśmy, gdy wynurzali się może sześćdziesiąt metrów od dziobu. Żadnej muzyki, żadnej narracji przez głośnik, tylko dźwięk ich oddechu. Kosztowało mnie to około S/120 (32 USD) i jest tym rodzajem rzeczy, który sprawia, że siedemnastogodzinny autobus staje się wstecznie wybaczalny. Weź czapkę, weź krem z filtrem już nałożony i pogódź się z tym, że zmokniesz.

Drugie warte czasu pół dnia to nurkowanie z żółwiami w El Ñuro, rybackiej wiosce dwadzieścia minut na południe, gdzie zielone żółwie morskie gromadzą się pod pomostem, czekając na resztki rybaków. Możesz to zrobić tanio na własną rękę: colectivo do El Ñuro, wstęp na pomost za S/10 i maska wypożyczana na miejscu. Pojechałem samodzielnie i dzieliłem wodę z około sześcioma żółwiami i o wiele za wieloma innymi nurkami, bo wszyscy mają ten sam pomysł o tej samej godzinie. Idź wcześnie. Poranny tłum jest rzadszy, a światło lepsze.

Jak naprawdę wygląda tydzień

Oto szczera prawda o tygodniu na plaży w Máncorze: do czwartego dnia masz za sobą atrakcje, a reszta to po prostu bycie tam. Surfowałem słabo przez dwa poranki (fala przy plaży jest wyrozumiała, moja równowaga nie), przeczytałem prawie całą książkę, zjadłem za dużo ceviche i obejrzałem mnóstwo zachodów słońca. Zachody są naprawdę głównym numerem. Słońce spada prosto w Pacyfik, nic mu nie przeszkadza, niebo daje cały swój występ, a całe miasteczko dryfuje na piasek, żeby je oglądać, bez niczyjej organizacji.

Jeśli jesteś niespokojnym podróżnikiem, cztery pełne dni wystarczą i zaczniesz wymyślać powody, żeby ruszyć dalej. Jeśli przychodzisz prosto ze Szlaku Inków albo tygodnia autobusów, dodatkowe dni są właśnie sednem. Byłem gdzieś pomiędzy i siódmego dnia byłem zarazem zupełnie wypoczęty i po cichu gotowy na kolejną rzecz.

Szczery werdykt

Máncora nie jest ukrytym rajem i każdy, kto ją tak sprzedaje, coś ściemnia. To działające plażowe miasteczko przecięte autostradą, popularne wśród peruwiańskich i zagranicznych backpackerów, z naprawdę ciepłą wodą, niezawodną falą i najlepszym ceviche, jakie jadłem przez całą podróż. Wady są realne: hałas, autobus, turystyczne ceny przy plaży. Przyjemności też są realne i są tego prostego rodzaju.

Czy wróciłbym? Tak, ale poleciałbym, zarezerwowałbym Las Pocitas od początku i potraktował to jako komorę dekompresyjną, którą jest, a nie jako cel sam w sobie. Jako zwieńczenie intensywnego peruwiańskiego planu jest niemal idealna. Jako cały sens podróży nie do końca by się obroniła. Wbuduj ją w dłuższy plan, ustaw oczekiwania na „spokojne robocze miasteczko”, a nie „pocztówkę”, a ciepła woda zrobi resztę. Kiedy pierwszy raz wejdziesz do wody, nie wzdrygając się od zimna, zrozumiesz, dlaczego ludzie pokonują całą tę drogę.